Tytułem wstępu

Mógłbym powtórzyć za pewnym klasykiem katolickim, że: Szukałem Was, a Wy przyszliście do mnie. I, co najciekawsze, nie byłoby to zbyt dalekie od prawdy. A to dlatego, że bez jakiejkolwiek akcji reklamowej, czy też pomocy przyjaciół i znajomych, zarówno niniejsza strona, jak również wcześniej blog (www.dagome.blox.pl), została samoistnie przez Was, czyli duże rzesze Czytelników, zauważona. Za co, oczywiście, jestem Wam wszystkim niezmiernie wdzięczny!

Naturalnie mam świadomość tego, że kiedyś to się skończy, niemniej, póki co, optymistyczny dla mnie wariant trwa w najlepsze i mam nadzieję, że będzie trwał nadal – przynajmniej tak długo, jak długo trwać będzie moje życie. Dłużej również oczywiście może, tyle tylko, że jako iż mnie już wówczas nie będzie, więc i moje starania w tym zakresie będą mocno ograniczone, właściwie równe zeru. Dopóki jednak jeszcze jestem, a moja dobra passa nadal jest rozciągnięta w czasie, powtórzę za Andrzejem Grabowskim tylko tyle: Ja wam mówię jest dobrze, jest dobrze, jest dobrze, ale nienajgorzej jest.

Spośród wszystkich dat, jakie pojawiają się w naszym życiu, dwie z nich są kluczowe, bo wyznaczają ramy czasowe naszego istnienia: pierwsza – to oczywiście dzień naszych narodzin, druga – to data naszej śmierci. Pierwsza znana jest nam wszystkim – w końcu byliśmy przy tym zdarzeniu, z drugą jest już znacznie gorzej, bo nie do końca jest nam ona znana, mimo że równie będziemy przy niej obecni, gdy się dokona. No, chyba że ktoś przeżyje własną śmierć! Ale z tego, co się orientuję, raczej na nic podobnego się nie zanosi. Przynajmniej póki co.

Co do mnie, to urodziłem się – bo musiałem, albowiem inni zadecydowali o tym za mnie. Można by powiedzieć, że załatwili tę sprawę poza moimi plecami. Umrę natomiast – ponieważ w zakresie nieśmiertelności nie mam nic do powiedzenia, nie tylko zresztą własnej. I mimo że umierać się nie opłaca – bo to niemałe koszta pogrzebu dla tych, którzy nas chowają, to również i dla zmarłego mocno wątpliwa atrakcja i powód do satysfakcji: W końcu to, co nas czeka, to zewsząd nieprzenikniona ciemność, z pewnością również chłód (diametralnie inaczej rzecz się przedstawia podczas kremacji!), a tym samym związana z tym niemożność przekonania się, czy kierunek, w którym ten piękny świat będzie zmierzał już bez nas, jest właściwy. Zresztą, prawda jest taka, że jakikolwiek by on nie był, podejrzewam, że zawsze będzie żal tego nie widzieć.

Niestety, śmierć ma to do siebie, że pozbawiona jest elementarnych zasad savoir vivre’u – nikogo nie pyta, czy ktoś chce, czy w ogóle jest gotowy na jej wizytę, tylko niezapowiedziana zjawia się – zawsze właśnie nieproszona! – i tym swoim tłustym paluchem (oczywiście że tłustym a nie kościstym – w końcu przez wieki upasła się na naszej śmierci dostatecznie!) wskazuje wybranego przez siebie nieszczęśnika. A wtedy nie ma żadnego odwołania, żaden sąd, żadna wyższa instancja od jej decyzji nie istnieje, krótko mówiąc wtedy człek przepadł! Jak ament w paździerzu. Tfu – wróć! Jak amant w moździerzu. Sorry jeszcze raz – jak amen w pacierzu, naturalnie.

Czy gdybym miał możliwość wypicia eliksiru, który gwarantowałby mi nieśmiertelność, skorzystałbym z tej sposobności? Być może wielu zaskoczę, tym bardziej w kontekście tego, co tutaj skreśliłem, ale raczej nie. Wieczne trwanie bowiem, to nic godnego pozazdroszczenia! W końcu Prometeusz mógłby co nieco na ten temat powiedzieć. Albo Syzyf. Powtarzam – nie ma niczego pięknego w wiecznym trwaniu! Według mnie wystarczy męka z jednym w miarę długim ludzkim życiem. Dlatego, wcześniej czy później, ja również będę musiał to zrobić, to znaczy odejść, pożegnać się ze śniadankami, pysznymi obiadkami, dobrym filmem, świetną sztuką, czy nie do pogardzenia orgazmem. Dopóki jednak jestem, to piszę, bo tylko tyle po mnie pozostanie. A jeżeli na początku było Słowo, to jest nadzieja, że i na końcu – moim również – ono pozostanie. I oby to słowo było również moje.