Urodziny

Ze względu na sposób wyświetlania treści, materiały mogą się dłużej ładować lub strona może wymagać odświeżenia.


Dwa teatry
(Urodziny)
Odsłona II
Osoby:
On, lat 44
Ona, lat 53
Pomieszczenie umeblowane tak, jak robią to zwykle długoletnie
małżeństwa. On i Ona wykonują takie czynności, które
wynikają z treści sztuki. Część dialogu – ta wytłuszczona (myśli
aktorów), odtwarzana jest z offu. Wewnątrz pobrzmiewa utwór
Słowa Lidii Jazgar i Galicji.
On: Pewnie myślisz, że o tym nie pamiętam. Ale mylisz się –
pamiętam. I to bardzo dobrze. Pamiętam, bo sprawia mi
to poniekąd satysfakcję. Ja, co prawda, zemścić się nie
mogę, ale czas… czas robi to za mnie doskonale. Tak,
właśnie tak: doskonale!
Ona: No, co tak mnie obserwujesz? Zadowolony jesteś, co?
Uważasz, że pięćdziesiąt trzy lata to dla kobiety już
starość, nieodwołalny koniec z przyjemnościami życia.
Ale jesteś w błędzie, cholernym błędzie! Bo ja mam tylko
pięćdziesiąt trzy lata, tylko! I ani dnia więcej. Nie jestem
tak stara jak myślisz i jak chciałbyś, żebym była, o nie!
On: Dawniej nigdy się nad tym nie zastanawiałem, co ci
powiedzieć w takim dniu. To było we mnie, czułem to!
Wszystko było łatwe i proste. Dzisiaj nie zostało z tego już
nic. Słyszysz? Nic! Wypaliło się. I to dzięki tobie. Przez
twój egoizm!
Ona: Naturalnie, wiem, że pamiętasz. Zawsze pamiętałeś. Nie
wiem tylko, czy pamiętałeś z miłości, czy może raczej…
czy dlatego, że sprawiało ci przyjemność wypowiadanie
kolejnych liczb rocznicowych moich urodzin. Tak, o to,
trzeba przyznać, zawsze dbałeś. Zawsze ilość kwiatów
odpowiadała liczbie lat przeze mnie kończonych. Tak
jakbym o tym zapomniała, a ty na wszelki wypadek
chciałbyś mi o tym subtelnie przypomnieć. Tak
delikatnie, jak delikatne były te kolce na różach od
ciebie. Myślałeś zapewne, że nie zwracam na to uwagi.
Zwracałam…
Podchodzi do niej.
I bolało mnie to. Bardzo bolało. Nie wiesz nawet jak…
On: Mario?…
Ona: … jak bardzo…
On: Mario, chciałbym…
Ona: O, bardzo cię przepraszam – zamyśliłam się. Chciałeś coś
ode mnie?
On: Prawdę mówiąc nie wiem, jak zacząć…
Ona: Nie mów, że cię onieśmielam. W końcu dwadzieścia lat
od chwili kiedy jesteśmy razem, to szmat czasu, żeby się
tego pozbyć.
On: Rzeczywiście. Tylko rzecz w tym, że… No wiesz…
Wszystkiego dobrego w dzisiejszym dniu. Przepraszam,
że nic ci nie kupiłem, tak z pustymi rękami…
Ona: To nieważne.
On: Kwiaty…
Ona: Och, nie mówmy o tym. Dziękuję za pamięć.
Całują ją w policzki.
Tak. Ty zawsze pamiętasz.
Kwiaty. Boże. By je szlag trafił! Nic nie mam do
kwiatów, jednak można nabawić się do nich wstrętu.
Dzięki tobie róże obrzydły mi na całe życie. A szkoda. Bo
to piękne kwiaty.
Czego się napijesz?
On: Jak zwykle herbaty.
Ona: Dzisiaj? Nie ma, co prawda, szampana – zresztą, ty i tak
go nie lubisz – ale jest za to anyżówka, brzoskwiniówka…
On: Niech będzie anyżówka. Tylko z większą ilością lodu.
Pięćdziesiąt trzy róże – ależ to by pięknie wyglądało, mój
Boże! Szkoda. Źle się stało, że nie zadbałem o to. Teraz
będę musiał czekać cały rok na taką okazję. Cały
okrągły, długi rok. By to szlag!
Ona: Nie wiem, dlaczego ich nie kupiłeś – byłam pewna że to
zrobisz. Na szczęście dobrze się stało – nie spieprzyłeś mi
reszty całego dnia, jak zwykłeś to robić co roku, a i ja nie
jestem zmuszona do udawania, że nic się nie stało. Nie
jestem zmuszona do przybrania jeszcze jednej pozy,
dobrej maski do złej gry. Myślę, że powinnam ci nawet za
to podziękować.
Wychodzi z pomieszczenia.
On: Wszystko przez tę cholerną litość! Nie powinienem cię
oszczędzać. Ty mnie nie oszczędzałaś. Nigdy. Zawsze
niszczyłaś z jakąś niewytłumaczalną premedytacją
wszystko to, co mogło być piękne i dobre, co dawało
nadzieję. Zawsze.
Ona wraca, niosąc talerzyk z ciastem i szklankę z kilkoma
kostkami lodu. Obie rzeczy stawia na stole, po czym
podchodzi do barku, skąd wyjmuje butelkę z anyżówką.
Następnie podchodzi do stołu, za którym On właśnie
zajmuje miejsce.
Ona: Czy to nie dziwne? Dziękuję ci za to, że nie kupiłeś mi
kwiatów, które tak bardzo kiedyś przecież lubiłam.
Których dostawałam tysiące, w różnych odmianach,
zapachach, kolorach. A dzisiaj, teraz dziękuję ci za to, że
mi ich nie dałeś. Cóż za przewrotność losu…
On: Ale to nic, ten rok zleci, tak jak i poprzednie, a wtedy…
Ona nalewa trochę wódki do szklanki.
On: A ty?
Ona: Przecież wiesz, że ona jest dla mnie zbyt mdła. Napiję się
wina.
Ponownie podchodzi do barku, wyjmuje z niego kieliszek,
napełnia go winem, po czym zajmuje miejsce w bujanym
fotelu.
On: Twoje zdrowie!
Ona: Moje zdrowie! Myślałby kto, że tak ci na nim zależy.
Chociaż może tak – w końcu potrzebna ci opiekunka. A
gdzie byś dzisiaj znalazł taką głupią jak ja, na dodatek,
darmową. Tak, to chyba powiedziałeś w miarę szczerze.
On: Myślisz pewnie, że powiedziałem to nieszczerze. Ale
mylisz się. Na niewielu rzeczach dotyczących ciebie mi
zależy, ta jednak jest właśnie jedną z nich. Zdrowia
akurat życzę ci z całego serca! I byłoby tak zawsze, i ze
wszystkim, gdybyś tylko przy mnie nie udawała. Ale ty
byłaś, jesteś i pozostaniesz na zawsze na wskroś aktorką.
Od początku do końca. Sama już nie wiesz, gdzie i kiedy
grasz, a w którym momencie zaczyna się prawdziwe
życie. Najgorsze, że w tej grze nigdy nie uwzględniałaś
moich potrzeb. Chociaż doskonale zdawałaś sobie
sprawę, jak bardzo pragnąłem dziecka, jak ogromnie mi
na nim zależało, to w ogóle się z tym nie liczyłaś.
Ona: Szczerość. Czy ty kiedykolwiek, tak naprawdę, byłeś ze
mną szczery? Ja… Tak, ja byłam do pewnego momentu,
do chwili gdy… gdy usunęłam ciążę. Musiałam to zrobić,
jeżeli chciałam coś osiągnąć. Ty nigdy byś tego nie
zrozumiał, dlatego zaczęłam cię okłamywać. Swoją drogą
ciekawa jestem, jak byś zareagował, gdybyś się o tym
dowiedział. Ale nic z tego – nigdy się nie dowiesz, nigdy!
Dla ciebie wystarczy tylko to, że nie chciałam mieć
dziecka. Tylko tyle.
On: Makowiec.
Ona: Zawsze go lubiłeś.
On: Przecież wiesz, że nic się nie zmieniło – uwielbiam go
nadal. A z anyżówką po prostu wyśmienite!
Ona: Cieszę się, że ci smakuje.
On: O co ci chodzi? Od piętnastu lat nie byłaś dla mnie tak
uprzejma, wręcz słodka! Pewnie znowu coś knujesz. Ale
nic z tego – nie dam się złapać na twój kolejny słodki
lep! Już ja cię znam, Mario Klon, znam cię jak zły
szeląg! Dwadzieścia wspólnie przeżytych długich lat, to
jednak coś znaczy. Przez pięć wydawałaś mi się inną
osobą, ale te pozostałe piętnaście ukazały mi ciebie w
całej jaskrawości.
Ona: A może pogodzić się z nim? Wyciągnąć rękę i spróbować
zacząć raz jeszcze, pewnie że nie od początku, bo to nie
możliwe, ale chociaż na sam koniec? Może warto? W
końcu, jakby nie było, jesteśmy chyba po tylu wspólnie
przeżytych latach niejako na siebie skazani.
On: Tak, te pięć pierwszych lat, to była istna sielanka.
Kochałem cię bez zastrzeżeń i bezkrytycznie, niemalże
obłąkańczo. Wszędzie i zawsze razem. Na urodziny
zawsze obowiązkowe trzydzieści trzy róże – tyle miałaś
lat, gdy cię poznałem i tyle, tak myślałem, pozostanie na
zawsze. Myliłem się. Dla ciebie ponad wszystko
ważniejsza była twoja kariera, niż nasza przyszłość,
nasze szczęście…
Ona: Masz jeszcze ochotę?
On: Nie wiem, czy powinienem…
Ona: Nie bój się, nie zaszkodzi ci. Mak, przynajmniej w takiej
postaci, to jeszcze nie narkotyk.
On: Czego ona ode mnie chce? Na pewno nie robi tego
bezinteresownie, nigdy tak nie robiła. A może… może
chce rozwodu? Cholera! Jeżeli to prawda, to… to…
Ona: Piotr, co się dzieje? Piotr?!
On: Co… co…?
Ona: Masz taką minę, jakbyś źle się czuł. Coś ci jest?
On: Nie, nic. Przepraszam. To chyba ciśnienie.
Ona: Ciśnienie. O nie, mnie nie zwiedziesz – za dobrze cię
znam. Przez moment wyglądałeś, jakbyś się czegoś
przestraszył, właśnie tak – jakbyś się czegoś zląkł. Tylko
czego? Przecież nie powiedziałam nic takiego, nawet nie
zasugerowałam, co by mogło…
On: Rewelacyjny ten makowiec. Udał ci się doskonale!
Ona: Bałam się go. Już dawno nic nie piekłam. Czułam się,
jakbym była znowu na jakimś egzaminie.
On: O tak, to prawda. Od kilku już lat nic nie upiekłaś w tym
domu. Zawsze gotowe. Nawet na święta wolałaś kupić
cokolwiek, niż samej upiec.
Ona: Ciekawe, co to było? Minę miałeś niewesołą.
On: Tak-tak, widzę, jak mi się przyglądasz. Gdybyś mogła, to
pewnie byś mnie prześwietliła, żeby się tylko dowiedzieć,
co mi było. Bo że nie uwierzyłaś mi, to pewne. Ale to
nieważne. Już nie. Kiedyś – tak, kiedyś nie miałem przed
tobą żadnych tajemnic – nie chciałem mieć. Mogłaś ze
mnie czytać, jak z książki. Ale ty to zniszczyłaś,
zniszczyłaś moją wiarę w ciebie, w naszą miłość. Dzisiaj
nie pozostaje mi nic innego, jak tylko to smutne
udawanie. Za twoim przykładem zresztą. Zamieniłaś
nasze życie w jedną nieprzerwaną, beznadziejną grę
pozorów.
Ona: Napijesz się jeszcze?
On: A wiesz, z chęcią. Smakuje mi ta wódka, jak nigdy dotąd.
Ona: Nigdy?
On: To znaczy, jak nie smakowała mi właściwie od bardzo
dawna. Od czasów Rzymu i Paryża.
Ostatni raz miała taki smak… Tak, przeszło siedemnaście
lat temu, właśnie w Paryżu. Byliśmy tam przy okazji
kręcenia twojego nowego filmu – Ostatnie tango w
Paryżu. Później się okazało, jak bardzo ten tytuł był
proroczy dla przyszłości naszego związku.
Ona: To był chyba pernod, prawda?
On: Tak. Pernod.
Ona: A potem, w Rzymie, też to było. Piliśmy go przy
Fontannie di Trevi, pamiętasz?
On: Fontanna di Trevi. Boże, jak to było dawno. Mam
wrażenie, że minęły całe wieki od tamtego czasu. Gdyby
nie pamiątki stamtąd i zdjęcia, to dzisiaj, myślę, nie
uwierzyłbym, że to w ogóle kiedykolwiek miało miejsce…
Ona: Zaraz, jak ona tam się nazywała… Tak jakoś dziwnie…
On: Sambuca.
Ona: Właśnie tak, sambuca. Sporo jej wtedy wypiliśmy,
włócząc się wieczorami po Rzymie. Aż do przesady. Ja w
każdym razie od tego momentu jej unikam.
On: I amaretto.
Ona: O tak, szczególnie amaretto di saronno. Piękna nazwa,
więc pięknie też smakowało.
To były nasze ostatnie wspólne wakacje. Bardzo zresztą
udane. Byłam wtedy tak bardzo szczęśliwa! Półtora
miesiąca w słońcu i beztrosce. Razem!
On: Rzym. Twój kolejny film, a nasze ostatnie wspólne
wakacje. W ogóle wszystko wtedy, jak się miało wkrótce
okazać, było ostatnie. A potem… potem…
Ona: Niecały rok później wszystko zaczęło się psuć. Zacząłeś
trochę popijać, zdradzać mnie, tak jakbyś wiedział, co
zrobiłam z dzieckiem i chciał się w ten sposób zemścić.
Ale nic nie wiedziałeś, nie mogłeś wiedzieć! Dlatego nie
rozumiałam twojego zachowania.
On: Miałaś trzydzieści osiem lat i nie liczyło się dla ciebie nic
poza twoim aktorstwem, twoją pieprzoną karierą! I
wtedy dopiero zrozumiałem, szczególnie po tej naszej
rozmowie, która przemieniła się w awanturę, że ty nigdy
nie urodzisz mi tego dziecka. Dlatego zacząłem cię
zdradzać, nie kryjąc się z tym zresztą specjalnie. A żeby
cię jeszcze bardziej upokorzyć, robiłem to w domu i na
dodatek z twoimi przyjaciółkami. Ale nie tylko.
Wiedziałem, że dzięki tobie znają i mnie, więc
korzystałem z rożnych, wielu przypadkowych zresztą,
kontaktów z kobietami. Początkowo nawet miałem
wątpliwości, gryzło mnie sumienie, ale alkohol szybko to
zagłuszył.
On wychodzi.
Ona: Wiedziałam, że to się w końcu wcześniej czy później źle
skończy. Ostrzegałam cię zresztą. Ale ty byłeś mocny, nie
chciałem mnie słuchać. Nie przypuszczałam tylko, że to
będzie aż tak tragiczne…
On wjeżdża na scenę na wózku inwalidzkim.
On: To przez ciebie się stało. Słyszysz? Przez ciebie! Gdybyś
tylko chciała… spróbowała…
Ona: Dlatego od tego momentu było dla mnie jasne, że nigdy
już cię nie opuszczę. I nie chodziło mi nawet o to, że
poczuwałam się tutaj do jakiejś winy, bo tak nie było –
każdy dorosły odpowiada za siebie – ale dlatego, że
przysięgałam ci miłość i wierność. Miłości już nie było,
co prawda, ale wierność – tak, ta jeszcze była. Dlatego
wiedziałam, że właśnie w tym momencie jestem ci
szczególnie potrzebna. I jestem nadal.
Wykonuje czynności, jakby szykowała się do wyjścia.
On: Miałem dwadzieścia dziewięć lat i byłem skończony.
Moje życie nie miało już żadnego sensu, żadnego celu. I
gdybym tylko znalazł w sobie wówczas więcej odwagi,
dawno już bym z nim skończył. Powinienem tak zrobić!
Niestety, nie należę do ludzi odważnych, więc
zdecydowałem się ostatecznie na tę parszywą wegetację u
twojego boku…”
Wychodzisz?
Ona: Do teatru. Od dzisiaj próbujemy nową sztukę. Gdybyś
miał jeszcze ochotę…
On: Nie, raczej nie.
Ona: Jak chcesz. Wrócę około dwudziestej. Nie czekaj na mnie.
Kieruje się w stronę wyjścia.
On: Mario?…
Pauza.
Uważaj na siebie.
Ona wychodzi. Po chwili słychać przekręcenie klucza w
zamku.
Po chwili.
Mario, co się z nami stało? Co stało się ze mną? Z tobą? Z
naszym życiem?
Ponownie rozbrzmiewa utwór Słowa L. Jazgar i Galicji.