Bilans

Ze względu na sposób wyświetlania treści, materiały mogą się dłużej ładować lub strona może wymagać odświeżenia.


Dwa teatry
( Bilans )
Odsłona III
Osoby:
On, lat 64
Ona, lat 73
Zarówno miejsce akcji, jak również czas i czynności postaci
są nieokreślone i wynikają z treści ich myśli, które odtwarzane
są z offu. Pozostała część tekstu wypowiadana przez nich „na
żywo” jest wytłuszczona. W tle pobrzmiewa utwór Tak, bo
między nami zespołu Raz Dwa Trzy. On, podobnie jak w
końcówce poprzedniej odsłony, znajduje się na wózku
inwalidzkim. Co jakiś czas dolewa sobie do szklanki alkoholu.
On: Czas – co też potrafi on z człowiekiem zrobić. Jeszcze
nie tak dawno młodziutka, zgrabna, powabna niczym
szczęście, rozchwytywana przez najlepszych reżyserów,
a dzisiaj… Jeżeli coś przypomina ciebie tamtą, dawną, z
lat powodzenia, to z całą pewnością są to jeszcze
jedynie zdjęcia. Na szczęście dla ciebie one tak szybko
się nie starzeją. Blakną jedynie.
Ona: Myślisz, że nie widzę, jak mnie obserwujesz? Znam cię
– wiem, co myślisz. Ale wiedz, że ty też nie jesteś już
najmłodszy. Czas nikogo nie omija, o nikim nie
zapomina, kochanie.
On: Zaraz – zaraz, ile ty masz lat? Ja mam sześćdziesiąt
cztery, więc ty… No tak, nie ma się co specjalnie dziwić
– siedemdziesiąt trzy lata, to wcale poważny wiek.
Bardzo poważny. Szczególnie dla kobiety. Piękna słaba
2
płeć – uśmiać się można! No, ale szybciej dojrzewacie,
to i szybciej się starzejecie – to logiczne. Chyba o to
chodzi.
Ona: I z czego tak się cieszysz? Wcale nie jestem od ciebie
dużo starsza – to tylko dziewięć lat. Zawsze dziewięć
lat! No, może i mogłabym wyglądać trochę młodziej –
to prawda, ale… To wszystko przez te obowiązki – jak
nie praca, to dom, no i ten ustawiczny make-up, który
cholernie niszczy twarz. Nie cierpię go! Zresztą, w
naszym wieku parę lat, to właściwie żadna różnica. Już
nie. Wcześniej, oczywiście, ale teraz…
On: Od dawna zastanawiam się, co mi się w tobie podobało.
I wiesz? Nie wiem, co to mogło być. Niczego nie
znajduję. Czy to możliwe, żeby nic nie było, żebym był
aż tak bardzo ślepy? A może… może tylko nie
pamiętam?
Ona: Myślę, że byłoby dla nas obojga lepiej, gdybyśmy się
nigdy nie spotkali. Od początku było właściwie
wiadomo, że pasujemy do siebie, jak ogień do wody.
On: Tak, pragnąłem cię. Niemalże obłąkańczo! Nie wiem,
jak było z tobą – nigdy nie byłem tego pewny, ale ja
ciebie kochałem, Mario. Tylko dlaczego akurat ciebie?
Więcej nas przecież dzieliło, niż łączyło ze sobą.
Byliśmy zupełnie do siebie niepodobni, tak bardzo
różni, jak tylko może się różnić dzień od nocy. A
jednak… Co to było, Mario?
Ona: Nigdy nie zapomnę tego dnia, kiedy zdecydowałam się z
tobą być. To był dziwny dzień, wtedy wydawał mi się w
pewien sposób magiczny, dzisiaj jednak… Cóż, gdybym
wiedziała, gdybym choć w najmniejszym stopniu
3
przypuszczała, że tak będzie, nigdy bym do tego nie
dopuściła. Słyszysz?! Nigdy!
On: Ósmy marzec. To był jeden z piękniejszych dni w moim
życiu. Złożyłem ci życzenia urodzinowe i poszliśmy do
kina. A potem… potem zrobiliśmy to po raz pierwszy.
Ona: Najpierw twoja niespodziewana wizyta u mnie w
garderobie teatralnej, wkrótce potem moje urodziny i –
mamy gotową receptę na nieszczęście. Aha, na koniec
doszedł jeszcze ten film z jakże cholernie proroczym
tytułem Śpiączka. Rzeczywiście, wszystko zadziałało na
mnie tak, jakbym była w prawdziwej śpiączce.
On: Kochaliśmy się niemal przez całą noc. Było już dobrze
po drugiej, kiedy zasnęliśmy. Gdy rano powiedziałem
ci, że robiłem to po raz pierwszy, nie uwierzyłaś mi.
Nawet nie wiesz, jaką sprawiłaś mi tym satysfakcję.
Poczułem się wtedy tak bardzo dojrzały. Tak bardzo!…
A potem zrobiłaś mi jeszcze taką rzecz, że myślałem że
oszaleję. Nie chciałem, żebyś czuła się zawiedziona i
spróbowałem jakoś ci to oddać. Wiem, że to nie było to,
co potem, ale byłaś szczęśliwa. Przynajmniej takie
sprawiałaś wrażenie.
Ona: Nie wiem, czy cię kochałam czy nie. Początkowo
chciałam tylko pójść z tobą do łóżka i to wszystko.
Żadnych zobowiązań! Potem jednak… Potem ująłeś
mnie swoją delikatnością. Wspaniale mnie pieściłeś, jak
nikt przedtem. Spodobało mi się to. Jednak nasz
związek nigdy nie opierał się na zdrowych, mocnych
zasadach. Mam wrażenie, że nigdy nie był to prawdziwy
związek kobiety z mężczyzną. Zawsze miałam
wrażenie, że kogoś ci zastępuję. Może Boga, a może
4
bardziej matkę – nie wiem. Chyba każdy mężczyzna
podświadomie szuka takiej żony, która niejako
przejęłaby dotychczasową rolę jego matki. Ty, niestety,
nie byłeś wyjątkiem od tej reguły. Gdy to zrozumiałam,
gdy wreszcie uświadomiłam sobie tę prawdę, było już za
późno. Przynajmniej dla mnie odrobinę za późno.
On: Tak, to prawda, było mi z tobą dobrze. Byłbym
cholernym niewdzięcznikiem, gdybym twierdził inaczej.
Wiele mnie nauczyłaś, byłaś moją nauczycielką w
sprawach, jak to dawniej nazywano, alkowy. Ale
prawdą jest również, że nie trwało to zbyt długo. Bardzo
szybko się zmieniłaś.
Ona: Widziałam, jak chciałeś ze mnie zrobić zwykłą kuchtę
domową. Przede wszystkim urodzić dziecko i
opiekować się domem – dwie rozrywki bez końca. Nie
ma co, piękna perspektywa! Ale pomyliłeś się,
kochanie. Mnie rola żony, matki i kucharki nie
odpowiadała. Wystarczająco obrzydła mi opieka nad
tobą – i to jeszcze przed twoim wypadkiem, żebym
mogła zdecydować się dodatkowo na dziecko. Tego mi
tylko brakowało do pełni szczęścia – dziecka! Zasranych
pieluch, wrzasku i ustawicznego płaczu po nocach.
Niedoczekanie!
On: Jestem pewien, że byłoby całkiem inaczej, gdybyśmy
mieli jednak dziecko. Nie rozumiałem twojego uporu.
Myślę, że dzisiaj tego żałujesz. Wiem, że się nie
przyznasz, ale jestem pewien, że tak właśnie jest.
Ona: Wybacz, ale matkować dwóm, to nie to samo, co
jednemu. To wymagało poświęcenia, rezygnacji z
5
siebie, swoich pragnień, aspiracji. A przecież ja też
chciałam żyć. Żyć!
Ona: Ale oczywiście dla ciebie ważniejsza była kariera!
Proszę, oto ja – wielka Maria Klon, zabiegajcie o mnie!
I te twoje słodkie uśmieszki, puste słowa udające
mądrość, kłamliwe gesty na każde zawołanie. Cała ty!
Nigdy nie wypadałaś z odpowiedniej roli. Myślę, że
nawet orgazm udawałaś!
Pauza.
(Przypatruje się szklance z alkoholem.) Dobrze, że mam
jeszcze ciebie, moja ty pocieszycielko. Inaczej trudno
byłoby wytrzymać – nie, raczej byłoby nie do
wytrzymania. Właśnie tak – nie do wytrzymania!
Ona: Wiele ról zagrałam w swoim życiu, jednak do tej nie
nadawałam się zupełnie. Ale ty nigdy mnie nie rozumiałeś.
Nigdy! I, co najgorsze, nawet nie próbowałeś zrozumieć.
Potrzebna ci była dziewczyna jedynie do łóżka i garów. I
ewentualnie jeszcze do dziecka. Boże, jak ja ciebie wtedy
nienawidziłam. Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo!
On: Tak. Tak chyba było. I jeżeli kiedykolwiek powinniśmy się
rozstać, to właśnie wtedy, to był najodpowiedniejszy czas.
Od tego bowiem momentu działaliśmy na siebie jedynie
wyniszczająco, destrukcyjnie.
Ona: Myślisz zapewne, że nie widziałam tych wszystkich
twoich zdrad. Jesteś w błędzie – widziałam je! I to
bardzo dobrze. A nie reagowałam tylko dlatego…
dlatego…
On: Wiesz, dlaczego zacząłem cię zdradzać? Nie mogłem
już dłużej znieść twojego chłodu, pogoni za sukcesem i
tej wręcz chorobliwej niechęci do urodzenia dziecka. Ja
6
ciebie i tak już nie interesowałem – to było widoczne jak
na dłoni, więc co miałem robić – rozpić się, sięgnąć po
narkotyki, albo… Albo skorzystać z sytuacji, czyli
przynajmniej próbować korzystać z profitów, jakie
dawała twoja sława. Tak – tak, doskonale zdawałem
sobie sprawę, że wiele z tych dziewcząt szła tylko
dlatego ze mną do łóżka, bo byłem twoim mężem,
mężem tej znanej artystki! Ale mnie to nie
przeszkadzało. Wręcz przeciwnie – uważałem, że należy
mi się jakaś rekompensata za nieudane małżeńskie
życie.
Ona: Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo mnie tym raniłeś. To
prawda – byłam obojętna, musiałam taka być, zachować
pozór obojętności, ponieważ… Bo miałam za dużo do
stracenia. Poza tym te wszystkie twoje podejrzenia, że
kogoś mam, że cię zdradzam – niszczyły wszystko! Nie
mogłeś zrozumieć, że moja niechęć do urodzenia
dziecka po prostu była zwykłą niechęcią, bez żadnych
romansowych podtekstów.
On: A przecież wystarczyło tak bardzo niewiele. Tylko
żebyś nie była tak cholernie obojętna! Tylko tyle.
Ona: Nie mówię, że nie ma tutaj mojej winy – ja też
zawiniłam. Ale twojej jest nieporównywalnie więcej! W
momencie kiedy chciałam, kiedy zapragnęłam być z
tobą, ty, jakby na złość, z premedytacją zacząłeś
wszystko niszczyć. Najpierw zamęczałeś mnie niemalże
obsesyjnie tematem dziecka, a wkrótce doszła do tego ta
twoja chorobliwa zazdrość. I wszystko to, co między
nami było dobre, na czym można było budować
przyszłość, po prostu trafił szlag. A potem… Potem było
7
już za późno, żeby zaczynać wszystko od nowa. Bo
można podgrzać zupę czy ziemniaki, ale na pewno nie
wygasające uczucie. Myślę, że właśnie wtedy
powinniśmy się rozstać. Nie było jeszcze za późno.
Mieliśmy szansę na stworzenie sobie własnego
odrębnego życia. Tyle, że stało się inaczej – najpierw
przyszła nienawiść, a wkrótce potem pojawiło się
zobojętnienie. Bo starość, kochanie, ma to do siebie, że
chodzi z zobojętnieniem pod rękę. Dlatego uważam, że
ludzie nie powinni się łączyć żadnym węzłem
małżeńskim. To bowiem, wcześniej czy później, kończy
się źle dla niemal każdej miłości.
On: Ale ty byłaś ponad tym! Fascynacja minęła, więc już ci
nie zależało.
Pauza.
I pomyśleć, że ja dla ciebie, dla tej miłości
zrezygnowałem… Jestem nikczemnikiem! Odrzuciłem
miłość do Boga, wzgardziłem Nim, i to dla kogo? Dla
ciebie! A ty nawet nie byłaś w stanie, nie potrafiłaś dać
mi dziecka. Bo kariera aktorska była dla ciebie
ważniejsza. Jesteś największym błędem mojego życia,
Mario Klon. Bądź przeklęta!
Ona: Wiem, że zawsze będziesz obwiniał tylko mnie – nawet
za ten twój wypadek, z którym miałam tylko tyle
wspólnego, że w tym właśnie dniu jechałeś do mnie do
teatru. Ale ty zawsze szukałeś winnych poza sobą – nic
nowego. To jest właśnie ta cecha, której w tobie nie
lubię najbardziej – cecha życiowych nieudaczników:
wybielić siebie, a oskarżyć innych. Tylko nie myśl że
jestem z tobą, ponieważ czuję się w jakiś sposób winna
8
temu, co się stało. Po prostu nie odeszłam wtedy, kiedy
mogłam, więc teraz mój wewnętrzny imperatyw tym
bardziej nie pozwala mi na to. I nie myśl też, że jest to
litość. Postąpiłabym tak bez względu na osobę, której by
to dotyczyło. To wszystko.
Ona włącza radio. Rozbrzmiewa utwór E. Stachury
Życie to nie teatr.
Ona: Mógłbyś wyłączyć to radio?
On: O co ci chodzi? Chciałbym wysłuchać wiadomości.
Ona: Przeszkadza mi.
On: Zaraz będą wiadomości.
Ona: Jeszcze trzy minuty. Włączysz za trzy minuty. A teraz
wyłącz to!
On wyłącza radio.
I nie pij tyle. Chcę mieć dzisiaj spokojną noc.
On: Niech cię szlag trafi, Mario Klon! Niech cię trafi szlag!
Po dłuższe chwili.
Zegar oznajmiający pełną godzinę; On na powrót
włącza radio; następuje dokończenie ww. utworu wraz
z powolnym wyciemnieniem.