Jeden z wielu

Ze względu na sposób wyświetlania treści, materiały mogą się dłużej ładować lub strona może wymagać odświeżenia.


Jeden z wielu
Był maj – pora matur i zakochanych. On nie należał
do tych drugich, jednak bardzo pragnął zrobić maturę i być
zakochanym. Można by nawet żartobliwie powiedzieć, że
tak bardzo pragnął obu tych rzeczy, że aż nie był zakochany,
bo uważał, że jedno drugiemu przeszkadza.
Wstał wcześnie rano. Od kiedy poznał wartość czasu,
nie lubił bezsensownie go tracić, bezmyślnie wylegując się
w łóżku. Był w dobrym humorze, lecz w zachowaniu jego
dało się wyczuć pewien niepokój – niepokój powodowany
ostatnim już co prawda egzaminem, ale którego nie mogły
uspokoić nawet te poprzednie, obiecująco zdane.
Godzinę później wyszedł z domu. Szedł sam – i w
takich chwilach wolał być sam. Zdenerwowanie innych nie
było mu potrzebne – miał dosyć własnego. Dlatego też, im
bliższa była godzina egzaminu, tym napięcie mimowolnie,
niezależnie od jego woli wzrastało. Szedł i myślał: „Jeszcze
tylko ten jeden egzamin i będę wolny, a potem…. potem
wakacje i upragnione studia. Może chociaż raz w życiu…”
Nie dokończył myśli: budynek szkoły zamajaczył przed nim
swoją szarością – nie tylko zresztą swoich murów. Tak, była
szara w całym tego słowa znaczeniu i nie odczuwał żalu, że
to już koniec i że ją opuszcza na zawsze. Nawet cieszył się z
tego.
Trzy godziny później po nerwach nie było śladu.
Egzamin, ostatni egzamin miał poza sobą i wraz z kilkoma
kolegami i wychowawcą siedział teraz w podrzędnej
restauracji którejś-tam kategorii. Wypili po około dwie setki
wódki i w świetnych humorach część z nich udała się na
postój taksówek.
2
W kolejce stało kilka osób.
Po chwili podjechała taksówka, a on zwrócił się do
oczekujących:
– Państwo pozwolą, ale… musimy profesora… to jest
chciałem powiedzieć – odwieźć i gdyby państwo byli tacy
uprzejmi nas przepuścić, to… Bardzo proszę.
Zapanowała cisza. Nikt nie odezwał się nawet
słowem. Jakby jakaś niepisana zmowa milczenia zapanowała
wśród stojących. Krzysztof uśmiechnął się i biorąc milczenie
za przyzwolenie, otworzył drzwi taksówki. Nagle z jej
wnętrza dobiegło:
– Gdzie?! Nie wsiadać. Pijanych nie biorę.
Nastąpiła krótka wymiana dość niecenzuralnych zdań
i po chwili rozległ się odgłos zamykanych drzwi, które były
jakby sprzężone z kierowcą: w tym samym bowiem
momencie, w którym one się zamknęły, ten znalazł się na
zewnątrz. Następnie błyskawicznie podbiegł do Krzysztofa i
po chwili dało się słyszeć suche, głuche uderzenie. Głowa
Krzysztofa lekko odskoczyła do tyłu, po czym kierowca
odbiegł kilka metrów od samochodu. Wszystko rozegrało się
w oka mgnieniu i po chwili ten, który dostał w twarz, leżał
na chodniku, niczym pled chroniący ciało kierowcy
znajdujące się pod nim, osłaniając go przed kopniakami,
zarówno kolegów Krzysztofa, jak i nieznanych, przygodnych
przechodniów. Gdzieś w pobliżu rozległ się brzęk
tłuczonego szkła, a po chwili nad leżącymi, zamajaczyły
umundurowane sylwetki milicjantów i…
– Wyrokiem Sądu Wojewódzkiego w Kielcach
skazuje się obywatela Krzysztofa Goldberga, paragraf 158
3
kk., na karę ośmiu miesięcy pozbawienia wolności w
zawieszeniu na…
Dalej już nie słuchał. Stał i czuł, a właściwie nie czuł
nic. Było tak, jakby spadał na ziemię w płonącym samolocie,
z którego mógł się wprawdzie katapultować, lecz
jednocześnie coś go przed tym powstrzymywało. Jakaś
niewytłumaczalna siła obezwładniała go, każąc mu patrzeć
do końca na swój strach i przerażenie przed śmiercią. Mimo
zamkniętych oczu miał teraz przed nimi obrazki ostatnich
chwil, które zmieniały się tak szybko, jak krajobraz za
szybami rozpędzonego samochodu. Był tam ów plutonowy,
który urządził mu tak zwaną „ścieżkę zdrowia” w drodze od
milicyjnego poloneza do komendy; był kierowca taksówki,
który go uderzył; był człowiek, który go kopał, gdy leżał na
ziemi, a który teraz był – ślepa Temido! – świadkiem
oskarżenia. Było tam jeszcze wiele przelotnych chwil i ludzi
z nimi związanych, tylko nie było w tym wszystkim osoby
najważniejszej: jego. On jakby się gdzieś zamazał, rozpłynął,
zdematerializował. Lecz krótki dzwonek i czyjeś kaszlnięcie
na powrót przywróciły go rzeczywistości.
Sala powoli pustoszała, a on, wychodząc z niej w
asyście dwóch milicjantów, utożsamiał się z jej pustką.
24.03.1988 r.